Dwie polskie załogi na Classic 1000 w Austrii

W weekend 22-23 października, dwie polskie załogi Izabella / Maciej Trzebiatowscy, oraz  Michał Kowalik/Bartek Balicki wzięli udział w arcyciekawym rajdzie Classic 1000 w Austrii czyli obecnej wersji klasyka 1000 Minuten Rally.

Trasa rajdu wiodła z St Ulrich koło Steyr do Baden pod Wiedniem i na drugi dzień z powrotem do St Ulrich. Rajd prowadził krętymi górskimi drogami, w sumie ok. 1000 km trasy w tym kilkanaście prób na regularność oraz prawie 50 PKC. Nie byłoby w tym może nic trudnego, gdyby nie parę różnic w stosunku do tego co polscy zawodnicy znali do tej pory. Po pierwsze książka drogowa – to zestaw map w różnych skalach z naniesionymi punktami PKC, PKP, start RT, meta RT. Drogę trzeba wyznaczyć sobie samemu na mapie a następnie znaleźć ją w realu. Okazało się to nie lada wyzwaniem, szczególnie że czas jest nieubłagany a narzucona średnia na całej trasie w wysokości 50 km/h nie pozostawiała złudzeń, że trzeba się naprawdę śpieszyć. I tak dokładnie było!

Organizator prezentował rajd jako nawiązanie do rywalizacji w latach 60 i 70, gdzie celem jest zaliczenie wszystkich punktów kontroli czasu, jadąc z trudną nawigacją. Każdy etap, poza „ciasnymi” PKC zawiera odcinki na regularność, na które załogi ruszają samodzielnie wg kolejności w jakiej zameldują się na starcie próby. Punkty pomiarowe nie są jawne a drogi, który poprowadzony jest rajd są bardzo mało uczęszczane. Czasem mijają godziny zanim zobaczy się inne auto. Miłym akcentem było przysłanie przez organizatora materiałów z poprzednich edycji, aby ułatwić przygotowania do rajdu. Pomiar czasu realizowany jest przez system Tripy oraz JB-TIMECONCEPT.

Dojazdówka to ciągła gonitwa od PKC do PKC z maksymalną możliwą do utrzymania prędkością – tu pomagają trochę przepisy w zabudowanym 50 km/h ale poza 100 km/h chyba ze znak mówi inaczej. Ograniczenia prędkości były restrykcyjnie przestrzegane przez organizatora i surowo karane punktami karnymi, chyba nikt nie ustrzegł się tutaj kary. Czasy były tak ciasne ze drobne pobłądzenie właściwie oznaczało spóźnienie na PKC.

Po drugie próby na regularność – tu kolejna nowość, oprócz ogólnej średniej 50 kmh nie wiemy wiele więcej. Nie znamy dystansu, położenia poszczególnych punktów, w niektórych przypadkach nawet start i meta była niewiadoma zawarta w tzw. „open window” czyli de facto nie wiadomo było, gdzie jest start a gdzie meta. Z próbami RT załogi radziły sobie jednak całkiem nieźle, o ile nie pobłądziły, jak to miało miejsce w przypadku obydwu polskich załóg już na pierwszym RT.

Pogubiliśmy się na tyle mocno że nie było sensu jechać na 2 kolejne PKC i używając nawigacji pojechaliśmy najszybsza drogą na jeszcze czynny PKC. Co kosztowało nas niestety ogromną stratę punktową. Ogólnie jednak po pierwszym szoku i nam i Michałowi z Bartkiem udało się wygrać po jednym RT, po jednym razie być na 2 miejscu i notować całkiem niezłe wyniki w pierwszej 10”. – relacjonuje Maciej.

Niestety spóźnienia na PKC, i kary zepchnęły obydwie załogi do drugiej dziesiątki, ale nie zmienia to faktu, że rajd był wspaniałym przeżyciem, ciekawym doświadczeniem a jazda na maksa po górskich drogach Austrii czymś jedynym w swoim rodzaju, przypominającym dawne rajdy.

Organizacyjnie rajd przeprowadzony był sprawnie, ale jeśli ktoś oczekuje obiadów, całodobowej opieki organizatora itd. to nie powinien się tam wybierać. Rajd jest surowy, zdany jesteś tylko na siebie, trzeba się zaopatrzyć w napoje, paliwo, batony regeneracyjne, kabanosy i w drogę, bo ledwo jest czas, żeby zatankować.  

Obie załogi trapiły też różne przygody techniczne: Maciej i Iza mieli problemy z elektryką które udało się jednak przewalczyć i nocne etapy nie trzeba było jechać po ciemku, z kolei silnik w  Triumphie Michała i Bartka stracił moc,  prawdopodobnie po zaciągnięciu z dna baku jakiś śmieci, a do pełni szczęścia już po zmroku, chłopaki złapali gumę.

Na szczęście obie załogi dojechały do Baden, wykończone ale całe i zdrowe. Po kolacji zabrali się za mapy i obliczenia na kolejny dzień. W sobotę jechali już dużo pewniej, coraz bardziej rozumieli ten rajd, chociaż w chwilach dekoncentracji też nie ustrzegali się błędów w nawigacji. W sobotę było 30 minut przerwy, niestety z powodu błędnych obliczeń okazało się, że do PKC jest jednak jeszcze kawał drogi od Gasthofu w którym był skromny poczęstunek i w efekcie czego obie nasze załogi  ponownie złapały spóźnienia na PKC. W regulaminie organizator uspokajał – nie przejmuj się inni też są w takiej samej sytuacji. Tak też było w rzeczywistości, spóźnień była masa, utrzymanie tej średniej w górach, jest czymś niemalże nie możliwym.

Na łącznikach szutrowych również nie było miękkiej gry. Średnia jaka obowiązywała to nadal 50km/h. Dwa odcinki przypominały fajne skandynawskie szutry, a reszta to górskie kamieniste drogi, momentami przeorane przez spływające po deszczu potoki. Nie dało się tutaj jechać z dużą dokładnością

Tutaj całą elektronikę możesz wrzucić do najbliższej rzeki aby auto było lżejsze i żeby zrobić miejsce np. na batony regeneracyjne. Tu trzeba mocno kombinować z ołówkiem, kartką i stoperem.” – komentował Maciej

Podsumowując Classic 1000 to krew, pot, łzy ale w dobrym tego słowa znaczeniu – bardzo trudny rajd, nawigacyjnie i wytrzymałościowo, trudne kręte trasy, zmienna pogoda, ślisko, ciemno ale ciągle bardzo bezpiecznie, nie ma nigdzie brawury, przekraczania przepisów drogowych – wszystko czego oczekujesz od trudnego rajdu.

Classic 1000 to świetna zabawa w duchu historycznego radowania. Zasady są bardzo proste i przejrzyste, wyniki całkowicie transparentne. Odmienna formuła i warunki sprawiają, że czujesz się trochę jakbyś przeniósł się w czasie. Szczególnie jak górską drogą 4 auta idą jedno za drugim i cisną, ile wlezie bo każdy jest na spóźnieniu. Wtedy przypominały mi się sceny z filmu „Czekam w Monte Carlo”, brakowało tylko śniegu. Rajd jest też bardzo wymagający więc jeśli dla kogoś jest za trudno to może się zgłosić do klasy Light, gdzie ma tylko przejechać tą trasę, zaliczyć PKC i uroczystą kolację. A reszta, musi zasuwać ile mocy na tłokach.

Czy tam wrócimy? Mamy nadzieję że tak!” – podsumował Maciej

Wyniki rajdu: 

Co ciekawe ta sama ekipa organizuje również edycję zimową takiego rajdu – szczegóły na stronie www.winterrallye.at

Tekst: Maciej Trzebiatowski, Jakub Strzemżalski
Zdjęcia: Lennart Fleck – mail@lennart.productions

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *