Co, jako debiutanta przekona Cię do wystartowania i spróbowania swoich sił w rajdzie na regularność? Rekomendacja rajdu napisana „na zamówienie” przez redaktora, nie znającego specyfiki zawodów? A może taka, stworzona przez doświadczonego zawodnika, mającego swoiste kryteria oceny? Naszym zdaniem najbardziej wiarygodna będzie ta, ukazująca rajd widziany oczami debiutanta. Pełna emocji, świeżych spostrzeżeń oraz uwag, a niejednokrotnie wskazówek dla kolejnych debiutantów, pragnących stawiać pierwsze kroki w regularności. Dlatego postanowiliśmy publikować pod wspólnym tytułem „Okiem debiutanta” cykl tekstów, powstałych dzięki zaangażowaniu w ten projekt zawodników rozpoczynających rajdową karierę.
Zaczynamy prawie jak u Hitchcocka – od „trzęsienia ziemi”, bo ten debiut to było istne „Wejście Smoka” 🙂
Od roli pilota w wiosennym R1000L do mistrzowskiej szarfy kierowcy na koniec sezonu 2023. Po drodze, niemal z marszu – jeszcze triumf w jesiennym Rajdzie Tysiąca Liści
Bartek Skórczyński i Kasia Majowicz już w swoim pierwszym starcie odnieśli zwycięstwo, później praktycznie nie zwalniając tempa 😉 Przejechanie kolejnych rajdów rozbudziło sportowe apetyty, wywołując chęć podniesienia sobie poprzeczki i zaowocowało udziałem w najdłuższym z polskich rajdów na regularność – Grand Prix Polski Pojazdów Zabytkowych. To przesądziło o chęci poważnego zaangażowania się w regularność – znalezieniu odpowiedniejszego samochodu oraz wyposażeniu go w zaawansowany sprzęt pomiarowy.
Z przyjemnością mogę stwierdzić – to kolejny trafiony/zatopiony na mojej liście zachęcanych do udziału w regularności.
Tajemnicą ich sukcesu jest skrupulatność (już na etapie przygotowań do rajdu), dociekliwość i precyzja oraz umiejętne wykorzystywanie regulaminu w celu eliminowania słabych punktów załogi, których patrząc na wyniki – praktycznie nie ma. Polecam allegrowicza! 😉
Przed Wami Bartek Skórczyński:
No to pojeździliśmy trochę w zakończonym już sezonie rajdów samochodów klasycznych. W kilku rundach stanęliśmy na podium, co pozwoliło nawet „przytulić” prestiżowy tytuł. Przy czym jeszcze ważniejszym jest to, że poznaliśmy bardzo wielu ciekawych ludzi, wśród których czuliśmy się doskonale pomimo prawie żadnego doświadczenia. Przecież jesteśmy debiutantami i to był nasz pierwszy sezon. Tym bardziej miło mi jest pisać tych kilka słów, ponieważ dzielenie się teraz z Wami moimi odczuciami nie było moją inwencją, lecz prośbą mojego kolegi, Rafała, szalenie otwartego i zaangażowanego w organizację rajdów na regularność, bardzo doświadczonego pilota rajdowego.
Będę tu opisywał głównie wrażenia moje jako kierowcy, ponieważ, jak każdy z Was wie, lewy fotel w samochodzie diametralnie różni się od prawego tak w funkcjonalności, jak i emocjach, kiedy się na nim pozostaje. Tu będzie też inaczej niż na rajdzie, kierowca nie posłucha pilota i tym razem zrobi to bez konsekwencji i mam nadzieję, rozpadu załogi.
Zanim przejdę do rajdów na regularność, napiszę kilka słów o Mistrzostwach Polski Pojazdów Zabytkowych, ponieważ bez tych startów nawet nie wiedziałbym o rajdach na regularność, albo, nawet jakbym się dowiedział, to zupełnie niepotrzebnie, ale bałbym się w nich wystartować.
Zaczęło się od startu w rundzie organizowanej przez automobilklub do którego należę. Zanim jednak do niego doszło, stwierdziłem, że nie pozwolę sobie na brak szacunku do organizatora i nie mogę nie docenić jego wysiłków w postaci przygotowania trasy, prób sportowych i sprawnościowych, jadąc na przysłowiową „pałę” i zbierając setki punktów karnych. Pożyczyłem więc od kolegi itinerer z rundy zeszłorocznej, wsiadłem z pilotem w codzienne auto i ogień. Przejechaliśmy kilka odcinków ucząc się czytać książkę drogową, nawigować i przede wszystkim spróbować stworzyć załogę. Nie mogę określić co było najtrudniejsze, ale możecie sobie sami wyobrazić parę będącą ze sobą od lat, która dobrowolnie na cały dzień zamknęła się w samochodzie, żeby czytając jakieś hieroglify przejechać ze 150 km ze średnią prędkością 35,8km/h. Ale udało się, no może prawie się udało, co nie zmienia faktu, że za tydzień wystartowaliśmy w pierwszym wspólnym rajdzie. Poszło świetnie. Później drugi start – tak samo. Trzecia runda nieco gorzej, ale nadal podium. W takim momencie każdy ambitny człowiek dochodzi do wniosku, że teraz to już trzeba kontynuować. Zwłaszcza, że zaczynasz zauważać, że jazda klasykami nie jest nudna, jak mogłoby ocenić wielu młodych kierowców znanej bawarskiej marki i nie tylko. Mało tego, spotyka się tam też bardzo wielu młodych ludzi, a wiele załóg to ojciec kierowca i pilot nastolatek. Rajdy te są imprezami urozmaiconymi ze względu na szeroki zakres prób sprawnościowych (OTJ) oraz sportowych (SZ). Dodatkowo bardzo mocno integrują załogi. Oprócz naturalnej rywalizacji jest możliwość spędzenia przedłużonego weekendu w atrakcyjnym miejscu z dobrą bazą hotelową, wspólnego pomoczenia się w balii z bąbelkami lub, jak ktoś bardziej lubi, nawilżać się od środka spędzenia czasu na rozmowach przy barze lub stoliku z dobrym jedzeniem. Mnie osobiście wydarzenia takie dają dodatkowo odpoczynek od codzienności, ponieważ na odcinkach nie da się myśleć o niczym innym, a poza tym jak tu nie być zadowolonym, kiedy twój pilot w ciepłą sobotę nie pyta znowu „kiedy wreszcie wyrzucisz tą choinkę z balkonu?” ????.
Podczas jednej z rund wspomniany na początku Rafał zapytał: „A czy myśleliście o regularności?” Rzeczywiście czytałem o tym wcześniej i uznałem, że może warto spróbować. Wtedy okazało się, że najbliższy rajd to Grand Prix Polski Pojazdów Zabytkowych im. Witolda Rychtera. Trasa Warszawa – Kotlina Kłodzka. Tak, dla nowicjusza nazwa brzmi tak samo strasznie jak relacje uczestników biorących w nim udział w latach poprzednich. Pomimo to zgłoszenie poszło i kasa też, bo im wcześniej tym taniej, a ja oryginalnie jestem z Krakowa ????. W międzyczasie zapoznaliśmy się z informacjami o rajdzie tj. 5 torów, ponad 1 000 km trasy i odcinki RT, podobno ponad dwadzieścia. Po kilku tygodniach uspokojenia nastał tydzień tuż przed rajdem. Instalacja do GPS zrobiona, pogoda sprawdzona = założone zimówki, bo ma padać i ma być zimno. Pilot poczuł ‘reisefieber’ i stracił całą pewność siebie. 18 października dojechaliśmy do Fortu Wola na odbiór administracyjny i BT. I tu pełna profeska.Wszystkie auta przejechały ścieżkę diagnostyczną na pobliskiej stacji kontroli pojazdów. Później wystartowaliśmy do prologu, który przebiegał przez ul. Karową. Każdemu, kto ma we krwi kilka kropel benzyny, gorąco polecam taki przejazd. Tak samo jak ściganie się na torze w Modlinie. Do hotelu w Tarczynie dojechaliśmy ok 22.00. Później był jeszcze odcinek kalibracyjny, na który nie pojechaliśmy. Wydawało nam się to niepotrzebne skoro jedziemy na aplikacji. Oczywiście, że to był błąd, ale wtedy o tym nie wiedzieliśmy i wynikał on z totalnego braku doświadczenia.
Dzień drugi to głównie tory Słomczyn, Łódź, Kielce – zabawa boska i pełen luzik. Słyszeliśmy, że Kudłaty (Organizator i to nie byle jaki ????) daje mało czasu na dojazdówki, a tu zdziwienie, na start w Kielcach czekamy godzinę i to, że jest ciemno i leje nie ma znaczenia. W tym dniu były też cztery odcinki RT, które pojechaliśmy naszym zdaniem przyzwoicie. Środek stawki dla nowicjusza jest OK.
Trzeci dzień Kielce – Niemcza. Prawie 500 km, ale cóż to jak jest fajna zabawa. Jednak tu zaczęło być naprawdę wymagająco, zwłaszcza po zmroku. Do tego osiem odcinków RT z czego ok. połowa po krętych, górskich drogach z dużym nachyleniem. Wymagało to od nas totalnej zmiany podejścia do jazdy. Z każdym odcinkiem RT uczyliśmy się wprowadzać korekty, ponieważ nareszcie zauważyliśmy dlaczego rozjeżdża nam się pomiar na aplikacji z odległościami w itinererze. Dodatkowo zaliczyliśmy grube spóźnienie na PKC. Potwierdziło się, Kudłaty musiał się pomylić tylko podczas I etapu ☹Później już notorycznie brakowało czasu, a za BRD groziły niechciane punkty w kolejnych dniach.
Dzień ostatni Niemcza-Niemcza = prawie 440km i dwanaście odcinków RT. Już wiedziałem, że będzie grubo, ale nareszcie poprawiła się pogoda i mogliśmy podziwiać uroki pięknie poprowadzonej trasy przebiegającej odcinkami Rajdu Dolnośląskiego rozgrywanego tam do 2019 roku. Oczywiście z czasem dalej było ciasno, ale w końcu to rajd i nie mogą go wygrać wszyscy. Nagromadzenie odcinków RT pokazało, że potrzebujemy bardziej precyzyjnego urządzenia pomiarowego.
Podsumowując, moim zdaniem rajdy na regularność, zwłaszcza te trudniejsze, można spokojnie zaliczyć do rajdów sportowych, które wymagają od zawodników przygotowania zarówno merytorycznego jak i sprzętowego. W zakresie sprzętu samochód nie determinuje wyniku aż tak bardzo jak dobre dane pomiarowe. My jechaliśmy na płatnej wersji Rally Tripmetera, który sprawdzał się dobrze na niezbyt krętych drogach o niewielkich zmianach wysokości. Na górskich serpentynach, braki sygnału powodowały wyświetlanie błędnych danych. Już niewielkie doposażenie smartfona, np. w zewnętrzną antenę GPS pozwala na poprawę jakości danych, dzięki czemu przy odpowiedniej ich interpretacji uzyskane przez załogę wyniki w rajdach znacząco się poprawią.
Jednocześnie wszystkim, którzy chcieliby, ale boją się zacząć, jeździć na regularność polecam wytrwałość, ponieważ wiem, że spokojnie można się tego nauczyć, a satysfakcja z udziału i współzawodnictwa jest ogromna. Potwierdzeniem, że naprawdę się da niech będą bardzo młodzi zwycięzcy GPPPZ 2023 Ala i Paweł, którym bardzo dziękuję za inspirację na przyszły sezon.
