Zostałam poproszona przez Rafała o parę słów do cyklu „Okiem Debiutanta”. Przy moich poprzednikach, którzy wypowiedzieli się we wcześniejszych postach na zadany temat, ja wypadam jako totalna amatorka i ignorantka.
Ale ad rem.
Moja przygoda z motoryzacją zaczęła się wiele lat temu (ile? – nie wypada kobiety pytać….), byłam wtedy bardzo nieletnia i pewnego pięknego dnia posadziłam moją psią przyjaciółkę na siedzeniu pasażera, odpaliłam Malucha mojego Taty, wrzuciłam jedynkę i … z impetem wjechałam w bramę garażu. Po tej przygodzie przez długi okres czasu pozostawałam cyklistką i dopiero poznanie mojego męża powiązane z ryzykiem wykluczenia komunikacyjnego, (zamieszkaliśmy w Bolechowicach pod Krakowem) zaprowadziło mnie za kierownicę. Gdy za nią wsiadłam to już tak zastało na dobre. Nie wyobrażam sobie życia bez samochodu i trzaskam rocznie po 50 tys. kilometrów. Od dłuższego czasu szukaliśmy z mężem jakiegoś fajnego klasyka dla siebie, aby zaspokoić niedosyt, który pozostawia nowoczesna motoryzacja. Kiedy tylko kupiliśmy na spółkę z przyjacielem „projekt” do dalszej pracy i mój mąż pojechał nim z innym przyjacielem na wiosenną edycję R1000L, a ja kibicując na trasie i chłonąc opowieści po rajdzie wiedziałam, że jest już po mnie. Niestety pierwszą eliminację, na którą się wybieraliśmy ( ja jeszcze jako pilot ) – tj. Rajd Monte Lanckorona musieliśmy odpuścić, bo nasze auto zabawiło o miesiąc dłużej u mechanika (w końcu miesiąc w jedną lub drugą stronę to w sumie żadna różnica…) – znowu oglądałam rajd z pozycji kibica. Wreszcie nadszedł dzień, w którym ruszyłam jako pilot na trasę pierwszego rajdu, organizowanego przez Pojazdy Zabytkowe Brzesko – Nocnego Rajdu Klasyków. Musicie wiedzieć, że jako kierowca na co dzień potrafię i bardzo skutecznie gubię się mając włączoną nawigację, potraktowałam więc rolę pilota jako szczególne wyzwanie. Również nocna formuła rajdu była dla mnie jako debiutantki poważnym egzaminem (posiadam wadę krótkowzroczną w wysokości minus 14 dioptrii ). Przed rajdem przygotowaliśmy sobie stosowne aplikacje pomiarowe w komórkach ( Rally Tripmeter), a ja dodatkowo pełen zestaw pilota (jak na skrupulatną kobietę przystało ) w postaci różnokolorowych markerów (do odznaczenia ważnych punktów itinera oraz przebytych pozycji), fiszek, gumek recepturek i trytytek. Jestem pewna, że te pisaczki to była podstawa tego, że zawsze łatwo odnajdywałam się na danym etapie trasy. Rajd nocny – pamiętajcie o malutkiej latarce dla pilota oraz twardej podstawce, bez tego ani rusz. Pierwszy Rajd za mną, ochota na kolejne olbrzymia. W lecie, nadal czekając na koniec remontu mojego Mercedesa pojechaliśmy na zlot klasyków w Nowym Sączu – fajna turystyczna trasa do Krynicy, znów sprawdziłam się jako pilot, nasze BMW E32, mimo że tylko po wstępnym serwisie zapewniającym mu mobilność po kilkunastu latach postoju, dało radę i nawet się podobało, a w sumie nikt nie musi widzieć, że panująca w nim gorąca atmosfera wynikała z permanentnie działającego ogrzewania, a nie letniej pogody.
Do jesieni nasze samochodowe problemy się skończyły, a sumie to zdążyliśmy już zgromadzić nadwyżkę klasyków, co pozwoliło nam stanąć do rodzinnego współzawodnictwa w jesiennym Rajdzie 1000 Liści w dwóch Mercedesach 200E w124 (małżonek Dominik nie może więc niczym wytłumaczyć swojej przegranej w tej rozgrywce). Moim pilotem był mój najwspanialszy przyjaciel i super facet – Syn Wiktor, który we wrześniu w dniu 18 urodzin odebrał swoje prawo jazdy i zdążył przejechać do teraz 13 tys. kilometrów. Wiktor to zapalony kierowca o ogromnej wiedzy motoryzacyjnej. Złapał bakcyla rajdowego i już szykuje swój projekt, którym będzie jeździł w rajdach klasyków. Zmiana roli z pilota na kierowcę, pozwala tym bardziej docenić jak ważną rolę spełnia pilot, ale też pokazuje jak istotne jest dopasowanie wskazówek pilota do realnej sytuacji na drodze – emocje łatwo pozwalają zapomnieć o tym w sumie jaki manewr miał nastąpić po danym odcinku, miało być w lewo a może prawo? Nie mówiąc już o tym, że każdy STOP lub ograniczenie może kryć nie tyle chłopców radarowców ( wiecie, blondynka potrafi zawsze z nimi miło negocjować), ale bezwzględnego i niewzruszonego sędziego odnotowującego przekroczenia rujnujące wynik w generalce. Z drugiej strony jazda klasykiem i niespieszna natura W124 tak mnie relaksuję, że potrafię zapomnieć o potrzebie sportowej rywalizacji i dopiero ponaglenia pilota podnoszą dynamikę. A w całej zabawie jak to mówił ks. Tischner nie chodzi o to, aby wygrać z innymi (mężem) ale spędzić miło czas za kierownicą fajnych autek i w super towarzystwie. Nie mogę się już doczekać kolejnych rajdów (na czele z Rajdem Tysiąca Minut – Panie Komandorze, jestem już zapisana?) i wszystkich zachęcam do uczestnictwa, w szczególności Drogie Panie – do dzieła, pokażmy facetom gdzie klasyki zimują!
