23 sierpnia 2025 roku wybraliśmy się na debiutujący w tym roku (jak sama nazwa wskazuje
) 1 Stalowy Klasyk im. Marii Koźmianowej organizowany przez przesympatyczną ekipę #KasiaMajowicz i #BartekSkórczyński, znanych wszystkim zawodnikom w rajdach na regularność z ich humoru i koleżeńskiego podejścia do rywalizacji.
Rajd przebiegał drogami w okolicach Sandomierza i Tarnobrzegu – przejechaliśmy przez piękne Góry Pieprzowe, mijaliśmy ruiny zamku Międzygórz, przecinaliśmy niezliczone sady, gdzie o tej porze roku gałęzie uginały się pod ciężarem jabłek ale także przejechaliśmy przez centrum Sandomierza obok Zamku Sandomierskiego i Kościoła św. Jakuba Apostoła. Gwoździem programu była specjalność regionu – niesamowite lessowe wąwozy – wąskie, głęboko wcinające się w zbocza wzgórz przez które prowadziły kręte drogi a światło słoneczne późnego lata w połączeniu w kolorem zboczy i zieleni fundowało nam istny kalejdoskop barw. Im więcej jeździmy w rajdach klasyków tym bardziej jestem przekonany, że nie ma lepszego sposobu aby poznać lokalne zakamarki w które nigdy byśmy nie dotarli sami zwiedzając okolicę. Reasumując – walory turystyczne rajdu na najwyższym poziomie, poznaliśmy kolejny, urzekająco piękny, fragment Polski.
Z kronikarskiego obowiązku wspomnę o przerwie obiadowej w Gminnej Bibliotece w Obrazowie – klimatyczny drewniany budynek i pyszny bigos oraz klasyczne rajdowe pierogi (ciepłe a dla jednego Komandora nawet gorące) a także domowa szarlotka i ciasta ze śliwkami oraz rabarbarem – po takim posiłku każdy miał siłę na drugi etap rajdu.
Trasa rajdu obejmowała niecałe 250 km z czego aż 70% stanowiły odcinki RT (łącznie 16 o długości od 2,99 do 25,70 km) – dla uczestników oznacza to, że praktycznie nie dostrzegamy odcinków dojazdowych a cały rajd robi się bardzo intensywny, emocje nie opadają nawet na chwilę. Bramy pomiarowe na odcinkach RT były ustawione gęsto – co około 500m – co dodawało smaku rywalizacji ale też uniezależniało w większym stopniu efekty od pojedynczych zdarzeń na trasie. Prędkości na odcinkach RT były dobrane bardzo starannie, w żadnym momencie nie powodowały odczucia że wymagają jazdy z prędkością poza sferą komfortu i bezpieczeństwa – można powiedzieć że w punkt.
W programie była również próba sportowa na dużym parkingu o przyzwoitej nawierzchni – trasa ustawiona w sposób dogodny dla wszystkich samochodów i bez nadmiernej komplikacji (co nie przeszkodziło mi się pogubić
) – stanowiła fajne urozmaicenie dla całego rajdu, choć z uwagi na jego charakter nie była kluczowym elementem zmagań.
Samochody – zróżnicowane, powtórzyły się tylko 2 Toyoty – ale z uwagi na to, że Celica Agnieszki i Marcina przybrała nowe bojowe barwy nie były do pomylenia. Auta były z lat 1966 (najstarsze auto – Ford Mustang Coupe) do 1992 (auta z dwóch biegunów – Toyota Celica i Opel Frontera). Subiektywny wybór piszącego? Citroen DS20 71’, Datsun 280Z 75’ (to auto „chodzi” za mną odkąd dostałem model rajdówki Bburago), Fiat 125p 76’ w ciekawym kolorze L58 Sahara (o ile się nie mylę) czy Mercedes 380SEL z 85’, który wyjazdem na rajd dołożył pewnie blisko 15% do swojego dotychczasowego przebiegu od nowości (tak trzeba korzystać z klasyków – nie powinny stać w garażu pod kocykiem!). Ale wisienką na torcie był dla mnie Nissan Laurel 2.8d z 81’ – kiedy widzieliście takie auto na drodze? No właśnie – kiedy mijaliśmy się w drodze na rajd na S7-ce nie miałem wątpliwości, że to jest właśnie ten który jest na liście startowej. Dodajmy że siedząca za jego kierownicą Kasia była jedyną kobietą-kierowcą na rajdzie (co spowodowało głosy wśród pilotów płci pięknej, że pora na większe równouprawnienie wśród kierowców
).
Itiner – czytelny i bezbłędny a opomiarowanie w punkt (zawodnicy korzystający z GPS mogli mieć niewielkie problemy i konieczność korekt w czasie i po przejazdach przez wąwozy gdzie sygnał mógł zanikać – ale nie były to długie odcinki i duże przesunięcia w odczycie – z mojej obserwacji błędy nie przekraczały kilkudziesięciu metrów).
Konkluzje. Powiedzieć, że rajd był udany to nic nie powiedzieć. Kasia i Bartek, z pomocą nieocenionego naszego Ojca Dyrektora Rafała przygotowali rajd idealny – taki, w którym każdy zawodnik chciałby jechać i o jakim każdy z nas myśli („jakbym robił rajd to zrobiłbym …”). Rajd przyciągnął starych wyjadaczy ale też miał swoich debiutantów, którzy jak sądzę wpadli po uszy w nasze rajdowe towarzystwo i zobaczymy ich na niejednej imprezie (co samo w sobie jest najlepszą rekomendacją atmosfery rajdu). Będziemy trzymać Komandora za słowo i czekamy na kolejną edycję w przyszłym roku – na rajdowej scenie pojawił się nowy, mocny gracz!
Dominik Gałkowski
