W minioną niedzielę zakończył się PEMA Historic Acropolis Rally 2025. Był to już trzeci tegoroczny wspólny start załogi Christian Crucifix/Agnieszka Bohosiewicz, która tym razem zaliczyła wspaniały występ i nie pozostawiła rywalom szans w walce o najwyższy stopień podium.
Gratulując wygranej, zapraszam do lektury relacji przekazanej przez Agnieszkę 🙂
Rajd Akropolu w moim odczuciu jest upalną wersją RMCH. Jest to bardzo wymagająca impreza, zarówno wobec załóg jak i ich samochodów. Jakiś czas temu Christian Crucifix ogłosił, że szuka francuskojęzycznego pilota na rajdy w Grecji. Czemu nie? Warto spróbować.
Po rozpoznaniu bojem jak nam idzie współpraca na rajdach Pindos i Napflio, nadszedł czas by w pełni pokazać co umiem, na Rajdzie Akropolu. Christian wygrał już ten rajd w 2021 z Antonio Caldeirą, w 2024 niewiele zabrakło gdy na prawym fotelu siedziała wybitna Jenifer Hugo. No to teraz pora na mnie, w planach Christiana była przynajmniej pierwsza dziesiątka, ja nie czułam się aż tak pewnie.
Rajd rozpoczął się w piątek 5 września pod Świętą Skałą Akropolu. Po przejechaniu łącznie 9 regionów Grecji, zakończył się w Delfach po południu w niedzielę 7 września. To ważny rajd, znany ze swojego poziomu trudności, który w tym roku dodatkowo wzrósł wraz z temperaturami dużo powyżej 30 stopni. Ważne było, żeby nie przegrzać zarówno załogi ale i samochodu, o czym później.
Pierwszy etap składał się z siedmiu odcinków specjalnych o łącznej długości 400 km, z ponad 200 km dojazdówki na początku rajdu, przechodząc przez Korynt, Akratę i Kleitorię, a kończąc w historycznym mieście starożytnej Olimpii. Był również odcinek testowy, pozwalający sprawdzić czy wszystko działa jak należy, nie wliczający się do klasyfikacji. Kiedy zobaczyliśmy, że jesteśmy pierwsi na odcinku testowym, dotarło do mnie, że mamy realne szanse na wysoką lokatę, wszystko działa jak należy i trzeba to wykorzystać. Szybko objęliśmy prowadzenie i musieliśmy walczyć, szczególnie na dwóch ostatnich nocnych etapach, ponieważ etap 7 kończył się o 22:00. Jechaliśmy po wielokrotnych serpentynach, w ciemną grecką noc (nie wiem dlaczego, ale tam nocą jest naprawdę ciemno).
Dzień zakończyliśmy na pierwszym miejscu, co oznaczało, że będziemy otwierać rajd kolejnego dnia. Było to dla mnie całkiem nowe doświadczenie, szczególnie gdy trzeba było się wstrzelić we właściwą minutę startu, w miejscach oznaczonych malutką tabliczką z namalowaną linią na jezdni. To my wskazywaliśmy innym załogom, gdzie naprawdę jest start. To duża presja.
Sobotni etap był najbardziej wymagającym w rajdzie, liczącym łącznie dwanaście odcinków specjalnych o łącznej długości 405 kilometrów. Przejechaliśmy przez Zatokę Koryncką mostem Rio-Antirrio i przejechaliśmy przez malownicze wioski w Etolii-Akarnanii i Eurytanii. Dojazdówki były policzone pod prędkość ok 50 km/h więc wymagały szczególnej uwagi w górach. Wieczorem tego drugiego dnia czekał nas 40-kilometrowy nocny odcinek specjalny maratonu. Koniec odcinka był po długim, jasno oświetlonym tunelu, w totalnej ciemności, więc wyzwaniem było szybkie zorientowanie się, gdzie właściwie mamy jechać, bo nie było widać zupełnie nic, dopóki oczy się nie dostosowały do zmiany oświetlenia.
Po drugim etapie znowu byliśmy pierwsi. To jeszcze bardziej podkręcało presję. Ostatniego dnia opuściliśmy Karpenitsii w stronę Delf. Po drodze czekało na nas dziewięć odcinków specjalnych o łącznej długości ponad 250 km, w tym 34-kilometrowy etap finałowy. Na bardzo kiepskiej drodze 7. odcinka specjalnego usłyszeliśmy dziwny hałas. Nasz wspaniały mechanik Giannis Kouvelas, w ciągu kilku minut przed startem do 8 odcinka szybko przejrzał auto i powiedział, żebyśmy spróbowali mimo wszystko jechać. Auto zaczęło się mocno rozgrzewać, my jechaliśmy z wizją rezygnacji tuż przed końcem. Na szczęście przed 9 odcinkiem Giannis usunął kawałki zepsutego wentylatora, które blokowały działanie drugiego, sprawnego, usunął grilla żebyśmy mieli jak się chłodzić – wszystko to pod presją czasu, w czasie 3 minut. Tak ukończyliśmy ostatni, 29. odcinek specjalny. Potem mieliśmy jedynie 70km dojazdówki na ostateczną metę, gdzie czekali dziennikarze, flesze, podium, puchary.
Tak, to był trudny rajd. Duże odcinki trasy przebiegały drogami, które tylko udawały, że mają asfalt. W wielu miejscach trzeba było jechać slalomem między kawałkami skał, które właśnie osunęły się ze zbocza. Wybiegały nam na drogę kozy, krowy, zające oraz ryzykujące swoje życie dzieciaki. Było gorąco i duszno. I było warto.
W takich warunkach szczególnie porusza mnie precyzja, z jaką jechaliśmy. Zdobyliśmy 80.4 pkt, co przy 274 miejscach pomiarowych oznacza 0.29 per pomiar. Nieźle. Christian jest wybitnym kierowcą, ja intuicyjnie dokonywałam korekt (bo oficjalne miejsca do korekt znajdowały się co 3, 5 km, rzadko częściej). Ale to wszystko i tak by się na nic nie zdało, gdyby nie wsparcie techniczne po drodze.
Ps. Po tym całym rajdzie, zwycięstwie, gali wręczania nagród, największym wyzwaniem był transport pucharu, który mały nie jest. Miałam bilet jedynie z bagażem ręcznym, z małą walizką, a to szczęście przekracza przewidziane regulaminem rozmiary.
W punkcie odpraw, po przeczytaniu tabliczki na pucharze miły człowiek nadał mój bagaż do luku, pogratulował i obiecał, że nie będzie problemu z transportem. Przy kontroli bezpieczeństwa, poza tym, że puchar zablokował taśmę, bo był za wielki, nie było przygód – cała ochrona przyglądała się z uśmiechem. Przy okazji boardingu – zostałam puszczona przodem, przed biznes klasą, ponieważ Mam Puchar. W samym samolocie okazało się, że miły człowiek z punktu odpraw tak mnie usadził, aby moje trofeum miało własne miejsce. Nic, tylko wygrywać rajdy w Grecji
Pps. tym, co pozwoliło nam przetrwać jazdę w upale, były kubki termiczne regularnie uzupełniane przez Niki z serwisu lodowatą wodą.
Agnieszka Bohosiewicz
