4. Rajd Tysiąca Liści 2025 – relacja z rajdu

Najłatwiej byłoby tak – kto był to wie, a kogo nie było, to nie wie co stracił … No dobrze – jestem przekonany, że gdyby nie było R1000L to zima by nie przyszła i nie byłoby szans abyśmy doczekali na kolejny sezon i jego otwarcie Rajdem Tysiąca Minut, słowem R1000L trzeba by wymyślić, choć ja bym o tym nic nie wiedział, bo nie zacząłbym jeździć w regularności i żyłbym w błogiej nieświadomości, że moje życie motoryzacyjne jest niepełne!

Myślę, że tegoroczny R1000L był wyjątkowy z wielu powodów – przede wszystkim dopisali zawodnicy, organizatorzy stanęli na głowie i lista zamknęła się niesamowitą liczbą 64 uczestników (z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że zapisy chyba nie przekroczyły 10 minut, a gdzieś słyszałem o 8 – ciepłe bułeczki nie mają podejścia do R1000L).
Inna była też formuła rajdu – był trochę krótszy, nadal bardzo intensywny (9 prób RT i 2 próby sportowe na zamkniętych obiektach) i obok jazdy wymagał spostrzegawczości – odszukania przemyślnie wybranych, podstępnie ukrytych obiektów na trasie rajdu (moim faworytem był napis na pomniku zaraz za terenem zabudowanym, gdzie każdy odruchowo przyspiesza widząc przed sobą pustą prostą bez ryzyka kar za BRD).
Trasa rajdu. Start (i jak się okazało również meta) miały miejsce w #Kuter Port Nieznanowice, gdzie dostaliśmy pyszne śniadanie i w komfortowych warunkach wysłuchaliśmy błogosławieństwa Komandora. Następnie udaliśmy się na trasę i eksplorowaliśmy tereny między Gdowem, Dobczycami, Trzemeśnią a Kasinką Małą i z powrotem. Bardzo pięknie i nastrojowo, choć jeżeli chodzi o niektóre widoki to musimy wierzyć Komandorowi na słowo, tym razem poskąpił i nie wykupił pogody, było więc sentymentalnie i romantycznie. Padająca od czasu do czasu mżawka pięknie nasączyła i zintensyfikowała czerwienie, żółcie, pomarańcze i brązy mieszanych lasów przez które przejeżdżaliśmy.
Regularność. Komandor wytrącił nas ze strefy komfortu robiąc jedynie jeden RT ze startu zatrzymanego o znanym miejscu rozpoczęcia i zakończenia, pozostałe 8 było odcinkami ze startu lotnego, oznaczonego jedynie w przybliżeniu wskazaniem strefy RT. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, wymagające przyjęcia wybranej przez załogę strategii – np. poprzez wyznaczenie sobie własnego startu przed strefą i wjazd w „0” do strefy lub też np. poprzez przyjęcie startu lotnego na granicy strefy (lub w jakikolwiek inny sposób wybrany przez załogę).
Roadbook. Komandor jak to Komandor – zawsze coś dla swoich milusińskich przygotuje – tym razem wiele załóg pojechało nie ten RT8, który miał na myśli organizator, co więcej udało się po drodze przekonać zawodników (co najmniej jedną załogę – pozdrowienia dla Jarka i Pawła 😊) do zawrócenia z prawidłowej trasy. Poza tym klasycznie – roadbook strzałkowy, czytelny i bez zaskoczeń.
Próby sportowe. Tym razem przebieg tras nie był tak skomplikowany jak zwykle – nie kładłbym tego jednak na karb wspaniałomyślności Komandora a raczej na ograniczenia terenowe – trudno było nas wpuścić w maliny w czasie przejazdu groblą, choć pewnie było oczekiwanie, że przynajmniej jedna załoga skusi się na pływanie w stawie. PS1 – zaczynała się od przejazdu groblą, mój pilot skomentował to „czemu tak wolno” a ja kalkulowałem jak przyczepne są mokre betonowe płyty grobli, która wcale nie wydawała się wtedy tak szeroka 😊, następnie trasa przechodziła w szutrową nawierzchnię, na której ustawiono slalom – powiem tak, dawno się tak dobrze nie bawiłem jak w czasie tego przejazdu. PS2 – próba na nawierzchni asfaltowej, z szykanami i nawrotami – śliska nawierzchnia skutkowała spektakularnymi przejazdami i pewnymi przygodami niezawodnego #AdaśPietrzyk, które jednak nie pokonały ducha walki tej załogi i nie przeszkodziły w zajęciu zasłużonego miejsca na pudle (pewne elementy zderzaka dojechały do mety w bagażniku).
Autka. Wszystkie piękne, każde godne uwagi. Subiektywnie? Ford Super Delux z 46 roku to absolutna perełka w zjawiskowym bordowym/wiśniowym kolorze – skradł moje serce. Alfa Romeo Montreal – dźwięk włoskiego V8 mógłby być sprzedawany na longplayach. Citroen SM – miałem takiego resoraka i uważam go za absolutny top francusko-włoskiej inżynierii.
Przy okazji któregoś z wpisów pisałem o rajdowych emocjach – tutaj doświadczyliśmy przygody, na którą zawsze trzeba być gotowym i która pozostawia niedosyt – nasz GPS zastrajkował na 4 z 9 RT-ków (nie byliśmy widoczni dla organizatora, co skutkowało brakiem wyniku i taryfą po 900 pkt za każdy RT – takie rzeczy się zdarzają, ale Komandor już myśli o innym sprzęcie śledzącym zawodników, może coś z Funduszu Sprawiedliwości?). Jak mawia Komandor, to je rally – mówi się trudno i mając takie szczęście chyba warto kupić los na loterii. Każdy z nas angażuje się w to co robimy na 100%, każdy z nas czeka na kolejne rajdy – czasem po prostu z obiektywnych przyczyn nie udaje się dojechać do mety (pozdrowienia dla klasy Golfa z GPPPZ 😉), a zawsze warto pamiętać, że najważniejsza jest bezpieczna jazda (która, jak na praktycznie wszystkich rajdach, była punktowana dotkliwymi karami za przekroczenia BRD) – to bezpieczne dojechanie do mety a nie wynik jest najważniejsze. Tutaj wspomnę, że drogi wybrane przez organizatorów było o małym natężeniu ruchu, co pomagało w bezproblemowym przejechaniu trasy rajdu.
Przechodząc do konkluzji – rajd był jak zwykle super, bawiliśmy się świetnie i mam nadzieję, że wszystkich zawodników, których spotkaliśmy po raz pierwszy zobaczymy na kolejnych rajdach na regularność, bo to ludzie tworzą niesamowitą atmosferę tych wydarzeń i dla nich warto przyjeżdżać na rajdy, aby wspólnie dzielić pasję do klasycznej motoryzacji, która nie jest przecież po to aby stała pod kocem w garażu!
Dominik Gałkowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *