W ubiegły weekend odbyła się kolejna edycja rajdu, na który czekamy cały rok – Rajd Tysiąca Minut czyli R1000M w tej formule odbył się już po raz trzeci a jak podliczył Komandor było to 10 spotkanie na rajdzie organizowanym przez tą Ekipę.
Rajd stał się w tym roku dłuższy, objął bowiem piątkowy Prolog o długości około 130 km, który wystartował z Krynicy późnym popołudniu i trwał około 3,5h. Prolog nie był obowiązkowy, ale i tak wystartowały w nim prawie wszystkie zgłoszone załogi (38 z 42 załóg, które zameldowały się na starcie rajdu – kolejne 2 zgłoszone załogi z przyczyn technicznych nie dotarły na start).
Idea prologu, pozostającego poza generalną klasyfikacją, ale pozwalającego na rozgrzewkę przed właściwym rajdem jest bardzo fajna i możemy tylko mieć nadzieję, że zagości na stałe w formule rajdu. Przy czym rozgrzewka nie do końca jest dobrym określeniem – prolog był pełnoprawną częścią rajdu, z odcinkami szutrowymi, mapą i innymi pułapkami przygotowanymi przez organizatorów (zawodniczy vox populi zgodnie wyraził swoją dezaprobatę dla nierównych płyt na jednym z odcinków, wskazując je jako element rajdu off-road, a wśród zawodników nikt nie przyjechał UAZ-em, oddajmy przy tym sprawiedliwość Komandorowi, że wprowadził w tym miejscu ograniczenie do 12 km/h które pozwalało spokojnie wsłuchać się z zgrzyt elementów podwozia w spotkaniu z betonem). Na wieczornym odcinku szutrowym załogi miały okazję poznać w boju jazdę RT po mapie.
Mapy pojawiły się również w kolejnych dniach – na pewno wprowadzając dodatkowe emocje jak również pytania o taktykę jazdy (brak punktów odniesienia pozwalających na korekty odległości na podstawie danych z roadbooka w trakcie przejazdu odcinka RT).
Kolejne dwa dni rajdu to, o ile dobrze policzyłem, około 630 km intensywnej jazdy przeplatającej wyzwania nawigacyjne oraz odcinki RT. Cały rajd zawierał 20 odcinków RT z który 4 zostały zaplanowane w czasie prologu a 16 w czasie właściwego rajdu. Trasa prowadziła przez piękne okolice Beskidu Niskiego, Magurskiego Parku Narodowego, Słowację, aż na rynek w urokliwym Bardejovie, gdzie załogi zostały bardzo miło przyjęte przez lokalnych mieszkańców, a ustawione na placu auta budziły żywe zainteresowanie.
Próba sportowa. Na terenie bazy narciarskiej w Słotwinach przygotowana została jedyna w trakcie rajdu próba sportowa – jedyna ale za to najfajniejsza PS z jaką miałem do czynienia na jakimkolwiek rajdzie do tej pory. Próba została przeprowadzona na zamkniętym obszarze parkingów, charakteryzowała się betonową nawierzchnią i dużym spadkiem mniej więcej na połowie trasy, która miała łącznie niecałe 800m. Fakt, że jedynie w 2 miejscach trasa pozwalała pojechać „złym” śladem powodował, że można było skupić się na dynamice przejazdu. Najlepszy czas osiągnęła załoga Porsche 924S (55:09’’) o włos przed VW Golfem II (55:19’’) oraz Volvo 240 (58:63’’). Dawno się tak dobrze nie bawiłem w czasie próby sportowej. Komandor wspomniał, że pierwotnie próba miała przebiegać innym torem, co jednak uniemożliwił zalegający tam śnieg – pozostaje nam mieć nadzieję, że jeszcze kiedyś zawitamy do Słotwin i będziemy mieli okazję przekonać się jak wyglądała oryginalna trasa.
Odcinki RT. Miejscami szybkie, zazwyczaj poprowadzone wąskimi i krętymi drogami – były wymagające, wymagające na poziomie najtrudniejszych europejskich rajdów, w których brałem udział do tej pory. Sposób poprowadzenia tras rodzi ważny element bezpieczeństwa – wskazywany przez Komandora w czasie odpraw – w ferworze walki łatwo zapomnieć, że ono jest priorytetem i wymaga od zawodników pogodzenia się z faktem, że wiele zakrętów powoduje odchylenie od idealnego czasu przejazdu, co wymaga strategii jazdy uwzględniającej straty prędkości poniżej średniej na łukach drogi. Organizatorzy zazwyczaj (i sądzę, że tutaj też tak było) nie stawiają bram pomiarowych bezpośrednio na ostrych zakrętach. To co stanowi o trudności trasy było równocześnie wielką jej zaletą – przyjemność prowadzenia po krętych górskich drogach, w dodatku czasem szutrowych była olbrzymia.
Walory krajoznawcze trasy były bardzo wysokie – po każdym kolejnym rajdzie, czy to Minutach czy Liściach, obiecuję sobie wycieczkę turystyczną trasą rajdu (jeszcze mi się to nie udało ale wszystko przede mną) – stare beskidzkie uzdrowiska – Krynica, Muszyna, Żegiestów czy Piwniczna były wspaniałym tłem dla zabytkowych samochodów i emanowały nostalgią lat 20 i 30-ych XX wieku.
Auta. Na rajd przyjechały bardzo różne samochody – bardzo rajdowe i bardzo zwyczajne, od najstarszego Triumpha TR3A (weterana międzynarodowych rajdów) z roku 1960 po Fiata Cinquecento Sporting z 1997 (idealnie wpisującego się w odcinki starych rajdów i jak sądzę wspomnienia Dyrektora) oraz Fiata Uno z tego samego roku – największego podróżnika wśród wszystkich rajdowych klasyków. Subiektywnie? Renault 5 Alpine (jak ona pięknie brzmi), Triumph 2500 (niesamowicie daleko Anglicy odeszli od czasu kiedy potrafili robić tak cudownie piękne brzydkie auta) oraz rzadki Nissan Skyline.
Na rajdzie gościliśmy po raz pierwszy załogę z Węgier, przyjechała też po raz kolejny bardzo mocna ekipa z Litwy – rajd był więc prawdziwie międzynarodowy. Większość załóg gościła na rajdzie po raz kolejny i atmosfera jak zwykle była niesamowita – pełna dobrego humoru i życzliwego współzawodnictwa, które idealnie oddaje sportowego ducha minionych lat i jest tym czego wszyscy poszukujemy, tym co buduje nostalgię za tymi „dobrymi czasami” – w czasie R1000M nie możemy powiedzieć „dawniej to było…” – tutaj dalej tak jest i dlatego tak przyjemnie spędziliśmy czas na tym rajdzie. Na rajdach przyznawane są nagrody fair play – myślę, że w przypadku naszych rajdów cała zabawa jest fair i możemy zawsze na siebie liczyć – wszystkim należy się wyróżnienie za budowanie tak zgranej społeczności.
Cóż by to był za rajd gdyby nie piękna katastrofa? Zło czai się w nowoczesnych technologiach – wiemy o tym dobrze i dlatego kierujemy się w stanie analogowych urządzeń, gaźników i mechanicznych wtrysków. Część wyników rajdu przepadła w wirtualnej przestrzeni GPS, oprogramowania i urządzeń których nawet nie chcę znać i rozumieć. Z uwagi na braki w odczytach lokalizatorów GPS załóg nie poznaliśmy wyników RT5-RT8 (osobiście nie miałbym nic przeciwko temu gdyby ten ciasteczkowy e-potwór zjadł też RT9 na którym zatrzymał nas chwilowy, lokalny korek…) – każdy może więc powiedzieć „gdyby nie to, to …”
– siła wyższa jest immanentnym elementem rajdów, odcinki są odwoływane, zakłócane przez różne wydarzenia i nie inaczej było tutaj, c’est la vie.
Reasumując – było trudno, było szybko, było pięknie, było ciekawie, były nowe wyzwania dla załóg (mapy, wskazówki na RT wydawane na starcie odcinka), była rewelacyjna próba sportowa, była wspaniała atmosfera. R1000M jest jak króliczek – przyjeżdżamy, rozwijamy się, staramy jeździć coraz lepiej a za rok on ucieka dalej, oferuje więcej, mocniej, lepiej, bardziej, a my znowu gonimy postawione przed nami wyzwania. W ciągu ostatnich 4 lat Szymon i Rafał z ekipą zrobili rajd, który jest na najwyższym europejskim poziomie – kto przejechał R1000M może bez żadnych kompleksów jechać wszędzie i walczyć o podium. Już nie mogę doczekać się na R1000M 2027!
Dominik Gałkowski
